W węgrowskim kościele Reformatów, nad wejściem do kaplicy św. Bonifacego, znajduje się imponujące epitafium wielkiego magnata – Jana Dobrogosta Krasińskiego. Wśród stiukowych, alegorycznych figur otaczających czarną, owalną płytę z pozłacanymi panopliami, wyróżnia się brodaty starzec ze skrzydłami. W dłoniach dzierży kosę, a stopę wspiera na strzaskanej kolumnie. To Chronos – grecki bóg upływającego czasu. Kolumna pod jego nogą to symbol kruchości ludzkich dzieł. Jednak czy ta spękana materia nie ma w sobie szczególnego rodzaju piękna? Czy nie możemy podziwiać delikatnej siatki pęknięć rozbitej kolumny? Czy upływ czasu musi być wyłącznie niszczycielski? Odpowiedź brzmi paradoksalnie: destrukcyjna działalność Chronosa to w rzeczywistości również proces twórczy. Powolne, ślepe działanie czasu – nadaje dziełom człowieka nowy, nieoczekiwany, często mistyczny wyraz.
Chronos – nieoczywiste piękno kurzu, pęknięć i zacieków
Zacznijmy od płyt nagrobnych świadomie wkomponowanych w kościelną posadzkę. Tutaj Chronos poddaje się ludziom – pomaga wyrazić pokorę tych, którzy odeszli. Płyty umieszczano w przejściach, pod stopami wiernych, by w miarę upływu lat ulegały zatarciu. To namacalny zapis tego, jak pamięć o człowieku, jego wyglądzie, randze i zaszczytach, zaciera się w kolejnych pokoleniach. W przeciwieństwie do dumnych nagrobków na ścianach, te w posadzkach miały z czasem stać się nieczytelne, a wizerunki postaci – zaniknąć. Miały ukazywać jak przemija chwała świata – sic transit gloria mundi.
Podobny efekt, będący rezultatem działania niezliczonych kroków, porusza nas, gdy spoglądamy na posadzki ułożone z rożnych gatunków kamieni, w których czas „wyrzeźbił” wklęsłości i wypukłości. Poruszenie to czujemy rownież, gdy idziemy po startych, wyoblonych stopniach kręconych schodów prowadzących na wieżę kościoła. Niezapomnianym przeżyciem było chodzenie po dawnej posadzce kolegiaty opatowskiej. Była to wytarta już mocno, dębowa kostka ułożona na sztorc. Czemu została zamieniona na zimną, martwą, granitową płytę...?
Drewno, jako materiał bardziej delikatny od kamienia, szczególnie pięknie poddaje się działaniu Chronosa. Wytarte belki, schody, ławki są szczególnym zapisem pokoleń pojawiających się w świątyniach. Nawet niszczycielska działalność owadów zostawia ślad w formie tysięcy otworków – jakby cyfrowy zapis minionych wieków. Pojawiające się z czasem pajęcze nici oplatające drewniane figury świętych, nakładają na nie dodatkową, nieziemską i niematerialną szatę.
Atrybutem Chronosa jest również klepsydra. Podobnie jak opada przesypujący się piasek w klepsydrze, tak na każdą wypukłość murów opada kurz tworząc subtelne cieniowanie powierzchni i wzory. Kurz, osiadając, wydobywa z kolumn i ścian fakturę, która nie byłaby widoczna na świeżo pomalowanych powierzchniach.
Czas ma swoją paletę barw – niesłychanie subtelną. Blaknące barwniki, sadza z tysięcy świec i delikatne zacieki rozmywające kontury tworzą kompozycje i zestawienia barw, których nie zdołałby zaplanować największy nawet mistrz.
Zza przesuniętych sprzętów i ołtarzy wyglądają fragmenty dawno niewidzianych fresków. Z malowideł tworzonych przez kolejne pokolenia – wielokrotnie zamalowywanych i na powrót odsłanianych – rodzą się kompozycje niemożliwe do świadomego osiągnięcia przez jednego artystę. Niezwykle subtelne, tajemnicze i zaskakujące.
Mury zewnętrzne również noszą konstruktywne ślady działalności Chronosa: tajemnicze wgłębienia po krzesaniu ognia czy wyryte pięknie i starannie nazwiska oraz daty dawnych „wandalów” sprzed wieków, wzbogacają gładkie niegdyś ściany o unikalny detal.
A zatem: Chronosie – działaj dalej! I nie poddawaj się zbyt łatwo upartym staraniom konserwatorów, chcących przywrócić wszystkiemu blask nowości.