W geometrycznym centrum Polski leży Piątek. Jak wiadomo, po Piątku zawsze następuje Sobota. Sobota oddalona jest od Piątku o zaledwie piętnaście kilometrów. Chruślin od Soboty – tylko pięć kilometrów. Jesteśmy w samym sercu kraju, zatem każdy ma blisko do tutejszych perełek. Plan jest więc prosty: Chruślin w sobotę i Sobota w sobotę. A Piątek? Piątek możemy tym razem spokojnie pominąć.
W Chruślinie i w Sobocie stoją kościoły, których zachodnie szczyty są niemal identyczne. Oba mają falisty wykrój, ozdobiony w dolnej części rzędem siedmiu arkadkowych blend i dwoma kołami. Powyżej tego pasa w obu przypadkach pojawiają się czworoliście z kołami po bokach. W Sobocie ten czworoliść przypomina krzyż, w Chruślinie – raczej kwiat. Oba szczyty zwieńczono trójkątami: w Sobocie pośrodku mamy czworoliść podobny do tego z Chruślina, a w samym Chruślinie – koło. Po bokach obu szczytów stoją niewielkie sterczyny; te z Chruślina utraciły blaszane daszki, a może nigdy ich nie miały? Nad wszystkim górują małe wieżyczki z krzyżami.
Wszystkie te detale wymurowano z cegieł. Największą różnicą, od razu rzucającą się w oczy, jest fakt, że wnętrza elementów ozdobnych w Sobocie otynkowano na biało. Ale to naprawdę detal – dobry podnośnik, robota na jedno popołudnie i szczyt z Chruślina byłby już zupełnie nie do odróżnienia od tego z Soboty.
Co zdecydowało o tym bliźniaczym podobieństwie? Spróbujmy rozwiązać tę zagadkę.
Chruślin w sobotę i Sobota w sobotę
Z daleka sylwetki obu kościołów przypominają potężne, „gotyckie stodoły”: strome dachy, masywne, uskokowe przypory, bryły prezbiterium wyraźnie niższe od korpusów nawowych. Nad wschodnimi szczytami naw górują ceglane wieżyczki na sygnaturkę.
Ale są też różnice. Kościół w Chruślinie zamknięty jest od wschodu półkolistą absydą. Tymczasem świątynia w Sobocie ma prezbiterium zamknięte prosto i zwieńczone szczytem, przypominającym ten zachodni. W Sobocie widoczna jest smukła, okrągła wieżyczka komunikacyjna, wciśnięta w naroże między nawą a prezbiterium, zaś kościół w Chruślinie ma schodkowy szczyt wschodni nawy. Oczywiście drobnych różnic jest znacznie więcej. Ale po kolei...
Wiemy już, że bryły obu budowli są gotyckie. Warto jednak przyjrzeć się detalom. Arkadki i półkoliste łuki odnajdujemy wszędzie: na zwieńczeniu sobockiej wieżyczki mieszczącej schody, skrytej pod kopułkowym daszkiem, na sygnaturkach obu kościołów, na obu szczytach w Sobocie czy wreszcie na wschodniej ścianie chruślińskiej zakrystii. Również okna w Chruślinie zamknięto półkoliście.
Próżno jednak szukać w tych łukach renesansowej śmiałości czy precyzyjnej geometrii. Formy te są jakby ściśnięte, nieśmiałe – jak gdyby zamiast kroku w nową epokę, muratorzy wykonali sentymentalny odwrót od gotyku ku romanizmowi. Zdają się czerpać natchnienie z dawnych, rodzimych budowli, a nie z zagranicznych wzorników. W Sobocie zwieńczenia okien zatrzymały się w pół drogi między ostrym łukiem a pełnym kołem, zaś w Chruślinie wciąż są obecne szczyty schodkowe, wierne gotyckiej tradycji. Północną ścianę tamtejszej zakrystii – najstarszy fragment budowli – zdobią romby z zendrówki, będące klasycznym motywem stosowanym przez średniowiecznych murarzy.
Widać jednak w obu kościołach ogromną radość z samego budowania i dekorowania muru różnymi układami cegieł. To mistrzostwo detalu nie aspiruje może do rangi gotyku płomienistego (jak w wileńskim kościele św. Anny), ma w sobie raczej coś z ludowej bezpretensjonalności, ale to zamiłowanie do ceglanej ornamentyki jest uderzające. Otrzymujemy niesamowitą mieszankę: echa romanizmu, królujący niedawno gotyk, przybywający z daleka renesans i kiełkujący już manieryzm.
Kiedy zatem powstawały obie świątynie? Ustalenie tego wyłącznie na podstawie cech stylowych jest niezwykle trudne, jednak dawni budowniczowie pozostawili nam wyraźne wskazówki.
W Sobocie, w górnej partii murów, odnajdujemy wmurowany kamień z wyrytą inskrypcją fundacyjną. Zawiera ona imię i pierwszą literę nazwiska: THO(M)AS S – czyli Tomasz S(obocki) – oraz datę 1518. Oznacza to, że wznoszenie ścian nawy kończono właśnie w tym roku, a fundatorem był Tomasz Sobocki, kasztelan łęczycki.
W Chruślinie na kamiennym nadprożu okna zakrystii widnieje rok 1534; to od tego miejsca zaczęła się zapewne murowana historia obiektu. Bliższa momentowi ukończenia budowy wydaje się jednak data na kartuszu wmurowanym w ścianę absydy: 1556. Kartusz ten wskazuje również na ówczesnego fundatora – prymasa Mikołaja Dzierzgowskiego.
Wynika z tego, że zasadniczy zrąb murowanego kościoła w Sobocie jest starszy o co najmniej ćwierć wieku. Gdy w 1518 roku kończono już wznoszenie murów tutejszej nawy głównej, w Chruślinie powstanie murowanej zakrystii – najstarszej części budowli – datuje się dopiero na rok 1534. Możliwe jednak, że ściana z ozdobnymi rombami z zendrówki jest starsza; istnieje bowiem teoria, że murowana zakrystia mogła początkowo przylegać do wcześniejszego, drewnianego kościoła.
Spójrzmy do wnętrza obu świątyń – być może dostarczą nam więcej informacji. Od razu rzuca się w oczy, że prezbiterium w Sobocie przekryte jest gotyckim sklepieniem gwiaździstym. Potwierdza to, że ta część kościoła powstała w czasie, gdy gotyk wciąż dominował. Tymczasem w Chruślinie prezbiterium wieńczy sklepienie kolebkowe wsparte na rzędach arkadek, a zamyka je absyda z półkolistą konchą. Odnosi się wrażenie obcowania z architekturą romańską, ale jak to możliwe, skoro budowę kończono dopiero w 1556 roku?
Wyjaśnienie przynosi analiza tzw. pułtuskiej grupy kościołów. Architektura wnętrza kościoła w Chruślinie jest dalekim, niemal ludowym echem wielkiej sztuki renesansu, która narodziła się ponad sto lat wcześniej w Italii. Styl ten dotarł do Polski wraz z włoskimi mistrzami, wśród których był Jan Baptysta Wenecjanin. To właśnie w jego realizacjach – jak choćby w Broku czy Brochowie – pojawiają się prezbiteria zamknięte absydą i kolebki przekrywające przestrzeń. Kościół w Chruślinie, ze względu na swoje uproszczone, ludowe detale, nie jest już prawdopodobnie dziełem samego Wenecjanina, lecz jego uczniów lub lokalnych naśladowców. Choć te hemisferyczne i półkoliste formy wykazują zadziwiające podobieństwo do romanizmu, ich zasadnicze źródło jest renesansowe. Nie można jednak wykluczyć, że miejscowi muratorzy, realizując te nowoczesne wzorce, podświadomie nadawali im formy bliskie znanym sobie, dawnym budowlom.
Sklepienia naw w obu świątyniach są kolebkowe: w Sobocie wzbogacone lunetami, a w Chruślinie wsparte na pasach arkadek. Co więcej, w Chruślinie pasy te opierają się na łukach przyściennych – to rozwiązanie znamy doskonale z Pułtuska i z Broku. Z fundacją tamtejszych kościołów związany był biskup płocki Andrzej Noskowski i to on prawdopodobnie miał pewien wpływ na formę budowli w Chruślinie i Sobocie. Można postawić hipotezę, że jako część bardziej nowoczesnego, renesansowego programu Chruślina, to tamtejszy szczyt powstał jako pierwszy, a następnie został powtórzony w Sobocie przez tę samą grupę muratorów.
Chyba zatem możemy przyjąć, że nasza zagadka, postawiona na samym początku, została ostatecznie rozwiązana!
Skoro tak, to możemy zająć się smakowaniem detali niezwiązanych już bezpośrednio z naszym pytaniem. Obie te świątynie, choć na pierwszy rzut oka zdają się skromne – nie oszałamiają przecież niebotycznymi kolumnami, nie porażają doskonałością form ani nie przytłaczają barokowym przepychem – kryją w sobie wiele fascynujących warstw. Zachowują się jak dobre wino, które potrzebuje czasu i uwagi, by stopniowo objawić swój ukryty wcześniej bukiet.
Oba kościoły zdobią malowidła z okresu międzywojennego. W Sobocie podziwiamy freski Władysława Drapiewskiego oraz nieco wcześniejsze – prawdopodobnie te na ścianach nawy – autorstwa Apoloniusza Kędzierskiego. Główny twórca sobockich polichromii, Drapiewski, zyskał uznanie i ogromną popularność dzięki dekoracji katedry płockiej. Po tym sukcesie posypały się zlecenia z wielu innych świątyń, które artysta realizował wraz ze swoim zespołem, złożonym z rodziny i uczniów. Jego styl, wzorowany na włoskim quattrocento, przywołuje subtelność dzieł Fra Angelico i Sandro Botticellego, łącząc ją z malarstwem prerafaelitów i elementami secesji. Choć niektórzy zarzucali mu brak własnego stylu i oryginalności, jego realizacje idealnie wpasowują się w architekturę sobockiej świątyni. Podobno artystę cechowała niezwykła skromność i uduchowienie. To podejście jest widoczne od razu: praca Drapiewskiego nie konkuruje z dokonaniami poprzednich pokoleń, lecz wpisuje się w zastaną przestrzeń, tworząc z nią nową, harmonijną jakość.
Inaczej ma się rzecz z polichromiami Zofii Baudouin de Courtenay, artystki urodzonej w Dorpacie, w Imperium Rosyjskim, w arystokratycznej rodzinie francuskiej osiadłej w Polsce co najmniej od XVIII wieku. Kształciła się malarsko w całej Europie. Jej chruślińskie polichromie, nawiązujące do sztuki bizantyjskiej, a nawet ruskiej, z pewnymi elementami art déco, sprawiają, że wnętrze Chruślina przypomina nieco wnętrze cerkiewne. Rząd arkadek traci swoją renesansowość i staje się jakby rzędem ikon w prawosławnym ikonostasie. Jej dzieło nie współgra z renesansowym wnętrzem, nadając mu obcy charakter. W przeciwieństwie do kaplicy na zamku lubelskim, gdzie wschodnie malowidła fundacji Władysława Jagiełły tworzą organiczną jedność z zachodnią, gotycką architekturą, tu zachodzi gwałt na wnętrzu. Ale może ta opinia jest nieco niesprawiedliwa, bo przedwojenne zdjęcia pokazują, że te malowidła sięgały znacznie dalej i chyba lepiej współgrały z przestrzenią świątyni niż obecnie, gdy ich część jest zamalowana na biało lub uległa zniszczeniu.
Jeśli potraktujemy nasze opisy jako swoisty wyścig, konkurencję między świątyniami, to właśnie teraz kościół w Sobocie wyciąga swój najmocniejszy atut, który wysuwa go na prowadzenie. Jest nim dzieło jedyne w swoim rodzaju w Polsce – renesansowa, wykonana z brązu płyta nagrobna Tomasza Sobockiego, kanclerza dworu króla Zygmunta I Starego, zmarłego w 1548 roku. Płyta ta została odlana w warsztacie krakowskim w kręgu Jana Marii Padovano około 1550 roku. Oczywiście nie jest to jedyna renesansowa płyta z brązu w kraju – podobną odnajdziemy choćby w kolegiacie opatowskiej, gdzie upamiętnia kanclerza Krzysztofa Szydłowieckiego. Tam jednak zmarły przedstawiony jest jeszcze tradycyjnie: leży nieruchomo na wznak – martwy. W Sobocie mamy zaś do czynienia z rzeczą unikatową w tym materiale – przedstawieniem w tzw. pozie sansovinowskiej. Artysta ukazał zmarłego jakby we śnie: z głową wspartą na ręce oraz ugiętymi i skrzyżowanymi nogami – odpoczywającego po owocnym życiu.
Kolejną przewagę w tym wyścigu zyskuje Sobota dzięki podwójnemu nagrobkowi ojca i syna: Tomasza Sobockiego, kasztelana łęczyckiego (zm. 1527), oraz jego syna Jakuba, dworzanina króla Zygmunta I Starego (zm. 1540). Pomnik ten, powstały w latach czterdziestych XVI wieku również w kręgu Jana Marii Padovano, to zapewne pierwszy przyścienny nagrobek piętrowy w Polsce – rodzaj nagrobka, który później stał się niezwykle popularny w naszych kościołach. Przedstawia on obu zmarłych w pozie sansovinowskiej, ułożonych jeden nad drugim, jakby pogrążonych we śnie. Warto zaznaczyć, że tę fundację zawdzięczamy Tomaszowi Sobockiemu – kanclerzowi, którego brązową płytę omawialiśmy wcześniej.
Skąd wzięły się aż dwa tak wybitne monumenty w jednym miejscu, w prezbiterium kościoła w Sobocie? Soboccy byli właścicielami tutejszych dóbr, zajmowali czołowe pozycje w państwie, a leżący na górnej kondygnacji kasztelan Tomasz był nie tylko pierwszą znaczącą postacią rodu, ale i fundatorem obecnego kościoła.
Chruślin nie ma możliwości pełnego rewanżu – nigdy nie był gniazdem rodowym ani miastem, jak Sobota. Jako wieś należąca do dóbr biskupów gnieźnieńskich posiada kościół fundowany przez hierarchów, których nagrobki stanęły oczywiście w gnieźnieńskiej katedrze, a nie w prowincjonalnej świątyni.
W odpowiedzi na wielką sztukę z Soboty, Chruślin oferuje jednak detale pełne wdzięku. Na szczególną uwagę zasługują ołtarze boczne z niezwykle ciekawym elementem – rokokowymi kariatydami podtrzymującymi ich elementy architektoniczne. Składają się one z główek aniołków wyrastających prosto z fantazyjnego ornamentu rocaille. Również manierystyczny ołtarz główny z XVII wieku ma w sobie mnóstwo uroku; zdobi go charakterystyczna dekoracja okuciowa oraz postacie o nieco ludowym, naiwnym wyrazie. W jego centrum znajduje się wizerunek Matki Boskiej z Dzieciątkiem z 1635 roku, zazwyczaj przesłonięty XIX-wiecznym obrazem przedstawiającym Trójcę Świętą.
Na ostatnim etapie naszego wyścigu Sobota jeszcze przyspiesza, prezentując w nawie klasycystyczny nagrobek z posągiem młodzieńca gaszącego pochodnię. Najważniejsza jest tu jednak nie tyle wartość artystyczna pomnika – choć na tle XIX-wiecznej sztuki prezentuje się on nader poprawnie – ile historia rodziny, której został poświęcony. Mowa o Zawiszach, kolejnych właścicielach sobockich dóbr, wywodzących swój rodowód od legendarnego rycerza Zawiszy Czarnego z Garbowa. To z tej rodziny pochodził Artur Zawisza, syn spoczywających tu Cypriana i Marii. Artur, bohaterski powstaniec listopadowy, został schwytany w 1833 roku i stracony na placu przy dawnych Rogatkach Jerozolimskich w Warszawie – placu, który dziś nosi jego imię. Tym samym młody dziedzic Soboty okazał się godnym następcą rycerza, którego Zawiszowie uważali za swojego przodka.
Chruślin odpowiada jednak mocnym zrywem, prezentując piękny renesansowy portal wiodący do zakrystii. O jego wyjątkowości decyduje zmyślnie ukryta wśród ornamentów data: 1558, stanowiąca bezpośrednie potwierdzenie czasu fundacji świątyni.
W ostatecznym werdykcie warto uwzględnić fakt, że wnętrze chruślińskiego kościoła jako całość jest jego mocnym atutem. Choć jego wyraz został zniekształcony przez późniejszą polichromię, stanowi ono cenny przykład wnętrza z nielicznej „pułtuskiej grupy” kościołów, co zapewnia mu znaczące i trwałe miejsce w dziejach sztuki w Polsce.
Niesamowite jest, jak wiele nitek zbiega się w tych dwóch prowincjonalnych kościołach. Przewijają się tu wątki związane z Italią, Francją, Inflantami, Bizancjum i Rusią, a także pobliskim Płockiem, Gnieznem, Pułtuskiem, Brokiem czy Brochowem. Spotykamy na wpół legendarnego rycerza Zawiszę Czarnego i powstańca listopadowego – Artura Zawiszę. Obcujemy z historią biskupów, kanclerzy i dworzan. Odnajdujemy ślady romanizmu, gotyku, renesansu, manieryzmu i rokoka, obok włoskiego quattrocento, malarstwa prerafaelitów, secesji oraz art déco. Wszystko to kryje się w dwóch, wcale nie tak wielkich świątyniach. Aż nie chce się wierzyć!
Sobota dobiega końca. Chruślin i Sobota odsłoniły przed nami swoje skarby, a my – pełni wrażeń i bogatsi o tę lekcję sztuki i historii – możemy przed powrotem do domu odpocząć nad Bzurą, która niespiesznie toczy swoje wody przez tę malowniczą okolicę.
A Piątek? Piątek zwiedzimy następnym razem. Najlepiej w piątek.