PS postscriptum

Czaszki na wileńskim trakcie

Photo 1
David von Krafft, Portret Karola XII (początek XVIII w.)
Photo 2
Gustaf Cederström, Vivat Carolus! (1920)

Pod koniec XVII wieku król Karol XI Wittelsbach uczynił ze swojego kraju – zimnej i surowej Szwecji – dobrze naoliwioną machinę wojenną. Po zdławieniu oporu magnaterii i szlachty wprowadził tzw. system kwaterunkowy (Indelningsverket). W tym modelu nieurodzajna szwedzka ziemia została podzielona tak, by grupy gospodarstw chłopskich miały obowiązek utrzymać, wyżywić i wyposażyć jednego zawodowego żołnierza, dając mu też dom i kawałek gruntu. W ten sposób powstała stała armia o liczebności blisko 40 tysięcy ludzi, gotowa walczyć na każde skinienie władcy.

Jednak w 1697 roku król niespodziewanie umiera w wieku zaledwie 41 lat. Pozostawia po sobie niespełna 15-letniego następcę, który miał się stać Karolem XII. W ten sposób władza trafiła w ręce nieopierzonego, niedoświadczonego młodzika.

Photo 1
Nicolas de Largillière, Portret Augusta II Mocnego (ok. 1714–1715)
Photo 2
Jean-Marc Nattier, Portret Piotra I (1710)

Władcy ościennych państw uznali to za najlepszy moment na wydarcie Szwecji hegemonii nad Bałtykiem. Sprzymierzyli się: król Danii i Norwegii Fryderyk IV, car Rosji Piotr I oraz elektor Saksonii August II Mocny (który od trzech lat zasiadał także na polskim tronie). Co ważne, August II przystąpił do tej antyszwedzkiej koalicji początkowo wyłącznie jako władca Saksonii, bez formalnej zgody polskiego Sejmu. Liczył jednak na to, że szybkie i łatwe zwycięstwo nad nastoletnim Karolem pozwoli mu zdobyć dla siebie Inflanty, wzmocni jego pozycję w Polsce i ułatwi wprowadzenie w Rzeczypospolitej rządów absolutnych.

Photo 1
Johann Philip Lemke, Karol XII przekracza Dźwinę w 1701 roku (ok. 1701–1711)
Photo 2
Artysta nieznany, Bitwa pod Kliszowem (nad Nidą) w 1702 roku (XVIII w.)

Rychło jednak okazało się, że młodzieniec dysponuje nieprzeciętnym talentem militarnym, co w połączeniu z jego fanatyzmem religijnym i armią stworzoną przez ojca, stworzyło wybuchową mieszankę. Najpierw rzucił na kolana Danię, a następnie rozgromił wielokrotnie liczniejsze wojska rosyjskie pod Narwą oraz siły saskie nad Dźwiną i pod Kliszowem. Pasmo początkowych zwycięstw sprawiło, że uznał swoje wojska za wybrane przez Boga do wywarcia krwawej zemsty na wszystkich odstępcach od wiary i grzesznikach. Według jego duchowych przewodników słowo RUSSA (Rosja) czytane od tyłu dawało ASSUR (Asyria). Tak jak biblijni Izraelici mieli w Asyryjczykach odwiecznego wroga, tak przeznaczeniem Szwedów miała być święta wojna z Rosją.

Photo 1
Gustaf Cederström, Szwedzcy żołnierze przyjmujący komunię przed bitwą pod Wschową w 1706 roku (1900)
Photo 2
Johann Christian Marchand, Bitwa pod Wschową 13 lutego 1706 roku (ok. 1706–1711)

Okrucieństwo tej religijnej wizji ujawniło się m.in. po bitwie pod Wschową, gdzie Szwedzi zmasakrowali poddających się jeńców rosyjskich. 500 ofiar stworzyło upiorny stos ciał, wysoki ponoć na trzech mężczyzn. To była tylko zapowiedź marszu śmierci, jaki Szwedzi zamierzali podjąć w swojej ekspedycji na wschód. Po pierwszych sukcesach ludność Szwecji i protestanci z Europy, w nadziei na bogate łupy wojenne, zaczęli masowo zaciągać się pod królewskie sztandary. Główna armia uderzeniowa Karola XII urosła do imponującej – jak na owe czasy – liczby 44 tysięcy żołnierzy.

Większość starć tej wojny, zwanej III wojną północną, od początku toczyło się na ziemiach Rzeczypospolitej, choć oficjalnie przystąpiła ona do tego konfliktu dopiero w 1704 roku. Wojska przeciągały bez końca z jednej strony w drugą. Karol XII wyznawał zasadę, że jego armii nie może niczego brakować, a kraj, który ją żywi, „może sobie cierpieć, ile tylko chce”. Rabunek żywności powodował opór ludności. Szwedzi stosowali brutalne akcje pacyfikacyjne – wybijano do nogi całe wioski, łącznie z kobietami i dziećmi. Rosjanie nie pozostawali dłużni, stosując swoją ulubioną taktykę spalonej ziemi. Wszystko, czego nie dało się zabrać ze sobą, palili i niszczyli, zabijając inwentarz oraz niszcząc drogi i mosty. Chcieli utworzyć strefę śmierci, pozbawioną zarówno żywności, jak i ludności.

Photo 1
Artysta nieznany, Triumf Śmierci, malowidło w opactwie dominikanów w Gidlach (XVIII w.)
Photo 2
Antoine Caron, Alegoria okropności wojny (lata 40. XVI w.)

Ten koszmar na ziemiach Rzeczypospolitej trwał niemal dwadzieścia lat. Kraj stał się żyjącym trupem, ogryzanym przez zastępy robactwa obcych wojsk. Na domiar złego, w tę apokalipsę wpisała się sama natura. W 1709 roku przyszła katastrofalna Wielka Zima – jedna z najsurowszych w dziejach nowożytnej Europy. Arktyczne mrozy skuły lodem Bałtyk – według wspomnień ptaki zamarzały w locie. Ta klimatyczna anomalia całkowicie zniszczyła uprawy, sprowadzając na wycieńczony już wojną kraj niespotykaną dotąd klęskę głodu. Co więcej, pozbawiona odporności ludność uległa wkrótce tragicznej epidemii dżumy, która zebrała dodatkowe śmiertelne żniwo. Wilno utraciło ponad połowę swoich mieszkańców, w Gdańsku czarna śmierć zabiła trzydzieści tysięcy istnień, a w Toruniu ubyło niemal 40 procent mieszczan. Wiele miast i wsi obróciło się w pustynię. Przez te niespełna dwie dekady cały kraj stracił aż jedną czwartą populacji! Istny taniec i triumf śmierci!

Jednym z głównych teatrów działań wojennych stał się obszar między Warszawą a Wilnem. Tędy bowiem wojska Karola XII mogły dotrzeć do bramy smoleńskiej, której osiągnięcie otwierało drogę na Moskwę. Zarówno Warszawa, jak i Wilno przechodziły wielokrotnie z rąk do rąk, przeżywając permanentny koszmar: najpierw okupowali je Szwedzi, potem grabili Rosjanie, po czym znowu wracali Szwedzi. Każda armia żądała gigantycznych kontrybucji, paszy dla tysięcy koni i rekwirowała wszystko, co miało jakąkolwiek wartość. Inne miejscowości położone przy tym kluczowym trakcie spotykał dokładnie ten sam, tragiczny los. Codzienną, przerażającą realnością tamtych lat stał się zapewne widok ludzkich i końskich kości oraz czaszek, porzuconych bez pogrzebu wzdłuż wojennych szlaków.

Photo 1
Michael Wolgemut, Taniec śmierci (1493)
Photo 2
Wenceslaus Hollar, Pochód tańca śmierci (1651)

Tak dramatyczne wydarzenia musiały znaleźć odzwierciedlenie w sztuce obszarów dotkniętych tragedią. W Wilnie – zniszczonym dodatkowo przez kilka pustoszących miasto pożarów – oraz w jego bliższych i dalszych okolicach, wraz z rozpoczęciem odbudowy ze zgliszczy, narodził się niezwykle oryginalny styl, zwany barokiem wileńskim. Ów nurt objawił się z pełną siłą w architekturze sakralnej. We wnętrzach świątyń posługiwał się on formami zakorzenionymi w tradycji dojrzałego baroku i rokoka, importowanymi z innych rejonów Europy. Jego unikalność polegała na niespotykanym nigdzie indziej, niemal całkowitym wypełnieniu przestrzeni powiązanymi ze sobą elementami wyposażenia. Przechodzące jedne w drugie ołtarze główne i boczne, ambony, konfesjonały oraz prospekty organowe tworzyły tam wieloplanowe, często zaskakujące kompozycje.

Photo 1
Jan Krzysztof Glaubitz, Johann Hedel, Michael Schick, Ołtarz główny w kościele św. Janów w Wilnie (budowa 1745–1762). Fot. Mojmír Churavý, Wikimedia Commons
Photo 2
Jan Krzysztof Glaubitz (atrybucja), Ołtarz główny w kościele Świętego Ducha (Dominikanów) w Wilnie (budowa po 1758). Fot. Renata3, Wikimedia Commons

Natomiast zewnętrzne partie budowli, a zwłaszcza ich fasady, zyskały w swoich czołowych realizacjach formę absolutnie nowatorską. Charakteryzowały się one falującymi, dynamicznymi płaszczyznami oraz niezwykle wysmukłymi, ażurowymi wieżami o stopniowo zwężających się, nierównych kondygnacjach. Te strzeliste, pełne niepokoju kształty zdawały się materialnym wyrazem emocjonalnych i duchowych napięć pokoleń, które doświadczyły apokalipsy.

Można wręcz powiedzieć, że wnętrza owych świątyń były rozbuchanym wyrazem obfitości i radości życia wiecznego, podczas gdy ich fasady stanowiły ascetyczny manifest vanitas doczesności.

Spójrzmy na trzy arcydzieła tego nurtu: sobór św. Zofii w Połocku, kościół Misjonarzy w Wilnie oraz nieistniejący już, niestety, kościół Bazylianów w Berezweczu. Te wiotkie budowle – oprócz oczywistej, rozfalowanej malowniczości – mają w sobie coś z anatomii kościotrupa. Ich niepokojąca ażurowość i uderzająca wysmukłość sprawiają wrażenie struktury wzniesionej z samych kości. Jakby z architektonicznego szkieletu opadło obfite, gnijące już, rubensowskie ciało dojrzałego baroku. Formy stają się suche, kostyczne i ostre. Świątynie te łypią na nas czarnymi oczodołami okien i przeźroczy. Wznoszą swoje wieże niczym kościotrupy wyciągające ramiona ku niebu – w niemym błaganiu, by koszmar, który dotknął te ziemie, nigdy więcej się nie powtórzył.

Photo 1
Sobór św. Zofii w Połocku, fasada z lat 1738–1750
Photo 2
Kościół Wniebowstąpienia Pańskiego (Misjonarzy) w Wilnie, fasada z lat 1750–1756
Photo 2
Kościół Świętych Apostołów Piotra i Pawła (Bazylianów) w Berezweczu (budowa 1756–1763)

Na Mazowszu, przy trakcie łączącym Warszawę z Wilnem, artystyczną odpowiedzią na traumę pierwszego dwudziestolecia XVIII wieku wydaje się kościół w Kobyłce – miejscowości położonej strategicznie na przedpolu stolicy, która również w kolejnych latach miała stać się sceną dramatycznych wydarzeń dziejowych, o czym przyjdzie jeszcze wspomnieć.

Świątynię tę łączy z dziełami Północy uderzająco wiele pokrewieństw, mimo fundamentalnej różnicy, która od razu rzuca się w oczy. Fasada kościoła w Kobyłce jest rozłożysta, horyzontalna. Natomiast w realizacjach wileńskich dominuje wertykalizm wysmukłych, posadowionych blisko siebie wież.

Spójrzmy na środkową część fasady mazowieckiej budowli. Nawiązuje ona do „kościstości” wileńskiego baroku w zupełnie nieoczekiwany sposób. Nie odnajdziemy tu już całego, wertykalnego kościotrupa – jeśli bowiem w wyobraźni odrzucimy wieże, ujrzymy raczej końską czaszkę, zagrzebaną w mazowieckim piasku tuż przy dawnym gościńcu w... Kobyłce. Wrażenie to potęgują płyciny, przypominające anatomiczne doły skroniowe, ciemne oczodoły wnęk oraz kapryśna, kostyczna linia szczytu, naśladująca kształt grzebienia czaszki. Ta część świątyni okazuje się zaskakująco podobna do późniejszej, równie „upiornej” i rozfalowanej fasady kościoła Bazylianów w Berezweczu.

Guido Antonio Longhi, Fasada kościoła Świętej Trójcy w Kobyłce (budowa 1740–1745)
Guido Antonio Longhi, Fasada kościoła Świętej Trójcy w Kobyłce (budowa 1740–1745)
Guido Antonio Longhi, Szczyt nad częścią środkową fasady kościoła Świętej Trójcy w Kobyłce
Guido Antonio Longhi, Szczyt nad częścią środkową fasady kościoła Świętej Trójcy w Kobyłce

Rozstawione szeroko wieże wyglądają tak, jakby wznoszenie ich masywnych korpusów nagle przerwano, a budowlę ukończono, stawiając na nich wysmukłe, lekkie, dwuczłonowe wieżyczki – pochodzące z zupełnie innego świata form. Ta architektoniczna niespójność jest tak uderzająca, że przez lata badacze upatrywali w niej rezultatu zderzenia koncepcji dwóch różnych projektantów.

Choć nie wiemy, co dokładnie wywołało ów dysonans, pochodzenie kształtu owych filigranowych zwieńczeń wydaje się łatwe do zweryfikowania. Wiemy teraz na podstawie korespondencji z fundatorem, że architekt był jeden – Guido Antonio Longhi z Lombardii, z okolic jeziora Como. Najpewniej znał więc wzniesioną w latach 1717–1731 bazylikę Superga w Turynie – dzieło Filippo Juvarry – w której odnajdujemy wieżyczki-dzwonnice uderzająco podobne do tych dostawionych na Mazowszu.

Ten turyński motyw łączy podwarszawską świątynię również z Kresami. W 1740 roku w dalekim Iwieńcu wzniesiono kościół franciszkanów, którego wieże w jednej ze swoich górnych kondygnacji wykazują analogiczne pokrewieństwo z włoskim pierwowzorem. Wszystko to stwarza wrażenie, jakby w obu tych odległych punktach Rzeczypospolitej pojawił się niemal równocześnie motyw architektoniczny z północnych Włoch. Z zachowanych źródeł nie wynika wprawdzie, aby architekt Kobyłki działał w Iwieńcu – jednak być może ktoś dostrzegł wznoszony właśnie kościół na Mazowszu i zainspirowany tą formą przeniósł ten intrygujący motyw dalej na północny wschód. A może – co równie prawdopodobne – w obu tych punktach motyw turyński pojawił się całkowicie niezależnie, wędrując prosto z północnych Włoch bez jakiegokolwiek lokalnego pośrednictwa, i wszedł w ten sposób do języka wileńskiego baroku.

Photo 1
Filippo Juvarra, Wieżyczka bazyliki Superga w Turynie (budowa 1717–1731)
Photo 2
Wieża zachodnia kościoła Świętej Trójcy w Kobyłce (budowa 1740–1745). Fot. lata 30. XX w.
Photo 2
Kościół św. Michała Archanioła (Franciszkanów) w Iwieńcu (budowa 1740–1749)

W Iwieńcu to zapożyczenie dało harmonijny rezultat. Choć tamtejsza budowla nie osiągnęła jeszcze skrajnej wiotkości dojrzałych form szkoły wileńskiej, to zamanifestowały się już w niej jej zasadnicze cechy: zróżnicowane wysokością kondygnacje, które stopniowo zwężają się ku górze. Zupełnie inaczej rzecz się ma w Kobyłce. Tutejsze zwieńczenia sprawiają wrażenie, jakby filigranowe, turyńskie struktury osadzono na przysadzistych, szerokich postumentach dolnych kondygnacji, niezbyt dbając o spójność całej bryły.

Wydaje się jednak pewne, że na tę niespotykaną formę świątyni w Kobyłce największy wpływ wywarł jej fundator – biskup Marcin Załuski. Horyzontalny układ fasady mógł być inspirowany wcześniejszym kościołem w Węgrowie (również położonym przy szlaku na Wilno – południowym, używanym przez pocztę królewską), gdzie elewację frontową optycznie poszerzają cylindryczne wieże zwieńczone szpiczastymi stożkami dachów. Innym punktem odniesienia mógł być powstający równolegle kościół w Tykocinie, z charakterystycznymi kurtynami łączącymi korpus świątyni z odsuniętymi na boki wieżami. Wszystkie te architektoniczne zabiegi miały na celu monumentalizację bryły – sprawiały, że budowle wydawały się znacznie większe, niż były w rzeczywistości. Był w tym niewątpliwie element rywalizacji oraz osobistych ambicji fundatorów. Warto też zauważyć, że mimo podobieństwa horyzontalnego układu, tamte budowle nie mają w sobie tego „wileńskiego” niepokoju, który tak mocno określa świątynię w Kobyłce.

Photo 1
Tylman z Gameren, Kościół Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny (farny) w Węgrowie (budowa 1703–1706). Fot. Marcin Białek, Wikimedia Commons
Photo 2
Jan Henryk Klemm, Kościół Świętej Trójcy w Tykocinie, widok ogólny z rynkiem (budowa 1742–1750). Fot. Zala, Wikimedia Commons

Jednak jeszcze większy wpływ na formę kościoła w Kobyłce musiał mieć barokowy koncept – przemyślany program ideowy biskupiej fundacji. Budowla ta zrywa z tradycyjną orientacją na osi wschód-zachód. Podejście to upowszechniło się po Soborze Trydenckim – zwłaszcza w architekturze jezuickiej – i miało na celu przyciąganie wiernych poprzez eksponowanie wspaniałych fasad ku miejskim placom. Ale dlaczego w przypadku Kobyłki front skierowano na północ, a więc w stronę przeciwną do tej, z której przybywali wędrowcy ze stolicy? Dlaczego zwrócono go w kierunku, gdzie w bliższej i dalszej okolicy rozciągały się jedynie małe osady i wioski – ku surowej Północy?

Odpowiedź może być tylko jedna: biskup Marcin Załuski w południowej ścianie budowli umieścił coś znacznie ważniejszego niż nawet najwspanialsza fasada. Aby to pojąć, musimy spojrzeć na archiwalne fotografie z przełomu XIX i XX wieku, kiedy to współczesny układ traktów, nowa zabudowa oraz rozrośnięte drzewa nie zatarły jeszcze pierwotnego zamysłu przestrzennego. Dostrzegamy wówczas, że wieże fasady głównej (w wyobraźni musimy dobudować drugą, wschodnią, która aż do lat 70. XX wieku pozostawała nieukończona) zostały odsunięte od zasadniczego korpusu tak daleko również po to, by w widoku od południa współtworzyć drugą – istotniejszą elewację.

Photo 1
Północna fasada kościoła Świętej Trójcy w Kobyłce z widoczną nieukończoną wieżą wschodnią (budowa 1740–1745). Fotografia z przełomu XIX i XX w.
Photo 2
Południowa fasada kościoła Świętej Trójcy w Kobyłce (budowa 1740–1745). Fotografia z przełomu XIX i XX w.

Pośrodku tej kompozycji widzimy monumentalną formę rzymskiego łuku triumfalnego, okalającego mroczny otwór przejścia. Gdy podchodzimy bliżej, okazuje się, że owa arkada prowadzi do kaplicy pasyjnej. W jej głębi ujrzymy Ukrzyżowanego Chrystusa, rozpiętego na skale w asyście łotrów, tuż nad otwartym, pustym grobem. I to właśnie tutaj trafiamy na najważniejszą „czaszkę”. Owa sztuczna skała to przecież Golgota – słowo, które z aramejskiego oznacza właśnie „czaszkę” (rozwijane często jako „miejsce czaszki”), przełożone na greckie kraníon (κρανίον), a później na łacińską calvarię, oznaczającą pierwotnie „łysą głowę” lub „nagą czaszkę”.

Jesteśmy w punkcie najistotniejszym dla całego założenia. Biskup Marcin Załuski uczynił bowiem z tej przestrzeni serce wielkiego programu kalwaryjskiego – można by rzec: „czaszkowego”. Do owego mistycznego centrum wiodła niegdyś długa, ujęta w ramy kaplic pasyjnych aleja, którą zmierzali pątnicy z Warszawy. Pokonując kolejne stacje, pielgrzymi symbolicznie powtarzali drogę na Golgotę, by u jej kresu wkroczyć w mistyczną przestrzeń Kaplicy Ukrzyżowania i Grobu Pańskiego. W tym kontekście południowy „łuk triumfalny” stawał się manifestem zwycięstwa Chrystusa nad potęgą śmierci – obietnicą triumfu życia wiecznego nad marnością i rozkładem doczesności. Dopiero po tym poruszającym doświadczeniu wierni kierowali się ku głównemu portalowi budowli, by przekroczyć próg świątyni i wziąć udział w Mszy Świętej.

Photo 1
Arkada prowadząca do kaplicy Ukrzyżowania i Grobu Chrystusa
Photo 2
Wnętrze kaplicy Ukrzyżowania i Grobu Chrystusa

Z rozległego założenia kalwarii pozostał w Kobyłce już tylko kościół i jego najbliższe otoczenie. Same kaplice stacyjne wzniesiono bowiem z drewna, co przesądziło o ich szybkim zniknięciu. Jednak w XVIII wieku miejsce to uchodziło za jeden z najważniejszych ośrodków pasyjnych w Rzeczypospolitej i obok słynnej, podupadającej już wówczas, podwarszawskiej Nowej Jerozolimy (później Góry Kalwarii) stało się głównym celem pielgrzymek pątników z pobliskiej stolicy. Po zniszczeniu drewnianych kaplic, z myślą o pielgrzymach zmierzających do głównego wejścia kościoła, namalowano zapewne na przełomie XVIII i XIX wieku na zewnętrznych ścianach budowli stacje Męki Pańskiej (co stanowi unikat w naszym klimacie), choć o dosyć niewielkiej wartości artystycznej.

Photo 1
Artysta nieznany, Stacja XI: Jezus do krzyża przybity oraz Stacja XIII: Jezus z krzyża zdjęty – freski we wnękach elewacji wschodniej kościoła Świętej Trójcy w Kobyłce (przełom XVIII i XIX w.).
Photo 2
Artysta nieznany, Stacja I: Jezus na śmierć skazany – fresk we wnęce elewacji wschodniej kościoła Świętej Trójcy w Kobyłce (przełom XVIII i XIX w.).

Ten, który całe to pasyjne uniwersum wymyślił, zaplanował i zlecił do realizacji, spoczywa dziś w podziemiach świątyni. W ciemności krypty znajduje się zatem kolejna już czaszka tej opowieści – relikwia samego fundatora, biskupa Marcina Załuskiego. A wykonawca jego wizji – Guido Antonio Longhi, w odróżnieniu od wielu swoich rodaków, którzy często zakładali tu wielopokoleniowe dynastie artystyczne, nie pozostawił swoich kości w tej ziemi – po zakończeniu prac na Mazowszu opuścił Rzeczpospolitą. Pod koniec 1749 roku powrócił do rodzinnego, maleńkiego Viggiù w Lombardii, gdzie wkrótce się ożenił. Los nie dał mu jednak nacieszyć się domowym spokojem – zmarł w lipcu 1756 roku, zaledwie pięć lat po ślubie.

Cofnijmy się jednak w czasie do roku 1700, kiedy wybuchła III wojna północna i kiedy na świat przyszedł Marcin Załuski. To fascynujące, na wskroś barokowe zrządzenie losu: oto w tym samym roku rodzi się niszczycielski konflikt i rodzi się ten, który wzniesie później świątynię będącą ideową oraz artystyczną reakcją na ową apokalipsę.

Przyszły biskup urodził się w średnio zamożnej rodzinie szlachty mazowieckiej. Ród Załuskich potęgę i prawdziwie magnackie znaczenie uzyskał dopiero dzięki zręcznej, wielopokoleniowej strategii, która polegała na obsadzaniu reprezentantów nowej generacji na kluczowych stanowiskach państwowych, a przede wszystkim – kościelnych.

Photo 1
Artysta nieznany, Portret biskupa Marcina Załuskiego (XVIII w.)
Wczesny emblemat zakonu we wnęce gabinetu (studiolo) św. Ignacego Loyoli, w kompleksie Stanze di Sant'Ignazio przy kościele Il Gesù w Rzymie (przełom XVI i XVII w.).
Emblemat zakonu jezuitów z gabinetu św. Ignacego Loyoli, przy kościele Il Gesù w Rzymie (przełom XVI i XVII w.)

Sam Marcin Załuski już jako piętnastoletni chłopiec poczuł religijne powołanie i w 1715 roku wstąpił do zakonu jezuitów. Rodzina, dbająca o doczesne interesy rodu, szybko wybiła mu jednak ten pomysł z głowy – po kilku latach zmusiła go do opuszczenia nowicjatu, widząc w nim materiał na wielkiego gracza politycznego. Młody Załuski nie porzucił jednak ołtarza; zdejmując zakonny habit, pozostał w strukturach kościelnych jako duchowny diecezjalny. Od tego momentu piął się po szczeblach kariery z zawrotną prędkością. Studiował na Akademii Wileńskiej, a następnie w Rzymie i we Florencji, gdzie obronił doktorat z prawa. W Wiecznym Mieście zjednał sobie osobistą sympatię papieża Benedykta XIII, zostając jego tajnym podkomorzym. Po powrocie do ojczyzny natychmiast wkroczył na salony wielkiej polityki. W 1732 roku król August II Mocny mianował go sekretarzem wielkim koronnym. Urząd ten utrzymał również za panowania Augusta III Sasa; jako zaufany człowiek króla redagował najważniejsze akta państwowe, co dawało mu realne, potężne wpływy w Warszawie i w Dreźnie.

Photo 1
Caspar Adriaensz van Wittel, Plac św. Piotra w Rzymie (ok. 1705)
Wczesny emblemat zakonu we wnęce gabinetu (studiolo) św. Ignacego Loyoli, w kompleksie Stanze di Sant'Ignazio przy kościele Il Gesù w Rzymie (przełom XVI i XVII w.).
Bernardo Bellotto, Nowy Rynek w Dreźnie od strony Jüdenhof (ok. 1749–1751)

Jednocześnie sprawnie gromadził lukratywne godności, zostając m.in. opatem sulejowskim czy kantorem krakowskim. Ta zachłanność w zbieraniu kościelnych synekur wywołała z czasem głośny spór z papieżem Benedyktem XIV, który otwarcie oskarżał ród Załuskich o rażący nepotyzm. Jego bracia z równą determinacją kolekcjonowali najwyższe godności państwowe i duchowne, budując prawdziwe rodzinne imperium. Starszy z nich, Andrzej Stanisław Kostka, wywalczył dla siebie potężne urzędy Kanclerza Wielkiego Koronnego i Biskupa Krakowskiego. Najmłodszy zaś, Józef Andrzej, po latach dworskich zabiegów doczekał się godności Biskupa Kijowskiego oraz Referendarza Koronnego.

Photo 1
Nieznany malarz polski, Portret Andrzeja Stanisława Kostki Załuskiego (1695–1758), biskupa krakowskiego (XVIII w.)
Wczesny emblemat zakonu we wnęce gabinetu (studiolo) św. Ignacego Loyoli, w kompleksie Stanze di Sant'Ignazio przy kościele Il Gesù w Rzymie (przełom XVI i XVII w.).
Nieznany malarz polski, Portret Józefa Andrzeja Załuskiego (1702–1774) (ok. 1738)

Prowadząc światowe życie, Marcin nie zapomniał o odziedziczonej po ojcu Kobyłce. Wraz z braćmi snuł wobec niej ogromne plany. W 1727 roku uzyskał nawet od króla Augusta II oficjalny przywilej na przekształcenie wsi w prywatne miasto o dumnej, rodowej nazwie Załuszczyn. Miało to być nowoczesne, miasto skrojone na miarę ich ambicji – oświeceniowy projekt, w którym prężny handel oraz nowoczesna architektura miały iść w parze z edukacją, rozwojem własnej drukarni i potężnym zapleczem bibliotecznym. Wizję tę ostatecznie zweryfikowały jednak chwiejne finanse, polityczne zawirowania epoki saskiej oraz wewnętrzne spory między braćmi.

Ich drogi rozeszły się także na poziomie idei. Najstarszy Andrzej Stanisław wierzył, że Rzeczpospolitą uratują sprawne prawo, silna gospodarka i instytucjonalne unowocześnienie kraju – zakładał manufaktury, rozwijał kopalnictwo rud żelaza i reformował seminaria duchowne. Receptą najmłodszego, Józefa Andrzeja, na powstrzymanie upadku ojczyzny była edukacja, kultura i nauka; uważał, że naród bez pamięci i wiedzy po prostu zginie. Przeszedł do historii jako tytan pracy i zapalony bibliofil, który całe życie oraz gigantyczny majątek poświęcił na gromadzenie książek.

Natomiast Marcin zaczął wyraźnie oddalać się od racjonalistycznych, światowych koncepcji braci. Podczas gdy oni próbowali naprawiać doczesną tkankę państwa, on powoli, lecz konsekwentnie kierował się w stronę głębokiej mistyki, ascezy i religijnej żarliwości. Uznał, że zrujnowana przez wojnę Rzeczpospolita nie potrzebuje nowych manufaktur ani świeckiej edukacji, lecz moralnego wstrząsu. Wierzył, że jedynym prawdziwym ratunkiem dla tonącego kraju jest duchowe odrodzenie, powszechna pokuta i całkowite zawierzenie Bogu.

Photo 1
Johann Samuel Mock, Kampament wojsk koronnych i saskich pod Czerniakowem w 1732 roku (ok. 1732), fragment
Johann Samuel Mock, Wjazd Augusta III do Warszawy w 1734 roku (ok. 1734–1735)
Johann Samuel Mock, Wjazd Augusta III do Warszawy w 1734 roku (ok. 1734–1735), fragment

Postanowił więc uczynić z Kobyłki oazę dla siebie oraz dla tych, którzy podzielali jego tęsknotę za radykalną odnową religijną. Gdzie jednak biskup mógł znaleźć odpowiadającą mu atmosferę, ludzi i duchowość? Przecież nie w pobliskiej, bawiącej się Warszawie – stolicy, która szalonym karnawałem, pijaństwem i wystawnymi paradami próbowała rozpaczliwie zatrzeć pamięć o niedawnym koszmarze wojny. Dla zorientowanego na ascezę biskupa warszawski blichtr był tylko nicoscią.

Wzrok duchownego powędrował więc w zupełnie inną stronę – na północny wschód, ku Wilnu. To tamtejszy, wileński nastrój odpowiadał mu znacznie bardziej. W Wilnie studiował w młodości, tam słuchał żarliwych, poruszających sumienia kazań jezuitów i tam nasiąkł wyjątkową, mistyczną atmosferą. To stamtąd, z serca Wielkiego Księstwa Litewskiego, postanowił sprowadzić do Kobyłki wybitnych kaznodziei Towarzystwa Jezusowego – m.in. ojców Antoniego Loupię, Marcina Kurzenieckiego oraz Szymona Paszkowicza – by z tego podwarszawskiego przyczółka nawracali grzeszną stolicę. W ten sposób, obok analizowanych wcześniej form architektonicznych, w Kobyłce pojawił się znów wileński genius loci w postaci sprowadzonej wprost z Litwy duchowości.

Photo 1
Plan kościoła Świętej Trójcy w Kobyłce – pośrodku nawa główna, po bokach ciągi rekolekcyjne, między ołtarzem głównym a kaplicą Ukrzyżowania pomieszczenia fundatora
Photo 2
Tablica inskrypcyjna z brązu nad głównym wejściem. Widoczny monogram fundatora składający się ze splecionych liter MZ

W tym świetle jeszcze lepiej rozumiemy głęboki zamysł obrócenia fasady kościoła na północ. Szeroko rozłożone ramiona jej wież zdają się symbolicznie witać płynącą z tamtego kierunku wileńską pobożność. Tymczasem w stronę południową, w stronę stolicy – jako potężny wyrzut sumienia – zwrócona jest kaplica Ukrzyżowania i Grobu Chrystusa.

Siebie samego biskup Załuski na tablicy inskrypcyjnej nad głównym wejściem określa jako: „A MAXIMO PECCATORE”. Przygotował dla owego „największego grzesznika” pomieszczenia w samym centrum sacrum – dokładnie między ołtarzem głównym a kaplicą Ukrzyżowania. Stamtąd mógł przechodzić do zawieszonych na ścianach prezbiterium empor i, niewidoczny dla obcych oczu, brać udział w mszy świętej.

Dla najznamienitszych pątników przygotował – usytuowane po obu bokach nawy głównej – dwa rzędy pomieszczeń rekolekcyjnych, w których dostojni goście mogli odbywać ćwiczenia duchowe. W 1902 roku przestrzenie te zostały scalone, tworząc współczesne nawy boczne świątyni – stąd ich nieco dziwna, jak na wnętrze kościelne, forma. Ponad tymi ciągami swoje cele mieli zapewne ojcowie jezuici. Otwierały się one na nawę główną emporowymi oknami, co pozwalało zakonnikom uczestniczyć w Mszy Świętej w odosobnieniu. Choć obecnie otwory te są zamurowane, ich barokowe obramienia pozostają nadal widoczne.

Photo 1
Obecna nawa boczna zachodnia – dawny ciąg pomieszczeń rekolekcyjnych
Photo 2
Zamurowane okno nieistniejącej celi jezuickiej, znajdującej się nad dawnym ciągiem pomieszczeń rekolekcyjnych

Naszą analizę nawy głównej, zacznijmy od poszukiwania wątków wileńskich w tej przestrzeni. Nie ma tu co prawda rozbudowanych, wieloplanowych ołtarzy, które łączyłyby się ze sobą i oplatały całą świątynię, jak ma to miejsce w kościołach na wschodzie Rzeczypospolitej, ale jest coś innego: Guido Antonio Longhi z wielkim zamiłowaniem stosuje skomplikowane wykroje wokół okien, otworów drzwiowych i niektórych arkad – a więc motywy, które niezwykle często pojawiają się w dziełach baroku wileńskiego. Wzrok przyciągają również wysokie, wybrzuszone cokoły – stosowane również w Wilnie – przez niektórych badaczy zwane „gruszkowymi”. W kontekście naszej opowieści o fasadach-kościotrupach na Kresach mogą one jednak budzić zupełnie inne skojarzenia – przypominają nieco szerokie nasady kości.

Photo 1
Skomplikowany, barokowy wykrój arkad
Photo 2
Wysokie, wybrzuszone cokoły gruszkowe

Wnętrze kościoła jest pod względem artystycznym doskonałe – jeśli tylko zapomnimy o wtórnie przebitych przejściach do obecnych naw bocznych, które powstały w miejscach dawnych wnęk ołtarzowych. Architekturę tej trójprzęsłowej przestrzeni nawy określają ustawione pod kątem pilastry oraz wsparty na nich wydatny, obiegający wnętrze gzyms. Reszta jest już dziełem czystej iluzji. Zarówno sklepienia, jak i ściana zamykająca prezbiterium zostały pokryte freskami autorstwa Grzegorza Łodzińskiego. Polichromie te, kontynuując realne elementy architektury, płynnie przechodzą w malarskie obrazy otwartego nieba, nadając wnętrzu złudzenie nieograniczonej głębi i nieskończoności. Nad kłębiącymi się chmurami unoszą się postacie Boga Ojca, Chrystusa, Ducha Świętego oraz świętych. Widoczny jest tu wyraźny wpływ jezuickiego iluzjonizmu spod znaku Andrei Pozzo.

Widok ogólny wnętrza kościoła w Kobyłce. Wzdłuż nawy głównej widoczne są przejścia do obecnych naw bocznych, które w 1902 roku wykuto w dawnych wnękach ołtarzowych.
Widok ogólny wnętrza kościoła Świętej Trójcy w Kobyłce. Wzdłuż nawy głównej widoczne są przejścia do obecnych naw bocznych, które w 1902 roku wykuto w dawnych wnękach ołtarzowych.

Z kolei zamknięcie prezbiterium malowidłem zastępującym ołtarz, przywołuje inne mazowieckie rozwiązania – w Kłoczewie, Krasnem i przede wszystkim we wspomnianym już Węgrowie, z freskami Michelangela Palloniego. W Kobyłce w ten iluzjonistyczny teatr wprzęgnięto również światło słoneczne. W południowej ścianie prezbiterium pierwotnie lśnił nieziemskim blaskiem okulus – okno, do którego wyrafinowanym systemem doprowadzano światło prosto z południowej fasady, odsuniętej nieco od nawy. Choć dziś otwór ten pozostaje zamurowany i mieści wizerunek Matki Boskiej, pierwotnie stanowił kluczowy element barokowego theatrum.

Photo 1
Iluzjonistyczne malowidła na sklepieniu nawy
Photo 2
Prezbiterium kościoła

Ale nie tylko tak wspaniałe wnętrze miało oddziaływać na przybywających tu pątników. Marcin Załuski zatroszczył się również o głęboką warstwę duszpasterską swojej fundacji, pragnąc dać wiernym oręż intelektualny i duchowy do walki z dramatem tamtej epoki. W tym celu powołał do życia Missio Zalusciana – szeroko zakrojony, nowoczesny jak na owe czasy system edukacyjny i misyjny, którego napędem stali się sprowadzeni do Kobyłki jezuici.

Ośrodek ten szybko stał się prężnym centrum kultury i formacji duchowej na Mazowszu. Załuski wyposażył misję w bogatą bibliotekę oraz nowoczesną drukarnię, która tłoczyła nie tylko modlitewniki, ale też podręczniki oraz literaturę podnoszącą poziom wiedzy religijnej i ogólnej. W ten sposób monumentalne założenie kalwaryjskie zyskało intelektualne zaplecze – modlitwy przy stacjach drogi krzyżowej i uniesienia spowodowane wspaniałością architektury oraz niebiańskich fresków uzupełniono systematyczną edukacją. Tak oto biskup pragnął odpowiedzieć na głęboki kryzys duchowy, spowodowany koszmarem minionej wojny.

Sam fundator osiadł w miejscu, które stworzył, dopiero pod koniec życia, kiedy zupełnie odwrócił się od świata. Ponownie wstąpił wówczas do zakonu jezuitów i zrzekł się prawie wszystkich godności duchownych oraz świeckich, idąc w ślady swego ojca, który w podobny sposób przygotował się do śmierci, porzucając blaski życia doczesnego. Biskup oddał ducha Bogu w Warszawie i spoczął w Kobyłce w 1768 roku.

Photo 1
Albrecht Adam, Napoleon przed płonącym Smoleńskiem w 1812 roku (1836)
Johann Samuel Mock, Wjazd Augusta III do Warszawy w 1734 roku (ok. 1734–1735)
Kościół Świętej Trójcy w Kobyłce z wysadzoną wieżą zachodnią. Fotografia z 1944 roku

Niedługo potem, w 1773 roku, zakon jezuitów został rozwiązany i opiekę nad dziełem Marcina Załuskiego przejęli bernardyni. Licząca około dwunastu tysięcy tomów kolekcja ksiąg biskupa została wcielona do Biblioteki Załuskich, stworzonej przez jego braci. Po wielu tragicznych perypetiach, jakie na przestrzeni wieków spotkały te cenne zbiory, spłonęły one doszczętnie w Warszawie, celowo podpalone przez Niemców po powstaniu w 1944 roku.

Również sam kościół w Kobyłce – pomyślany jako artystyczna i ideowa odpowiedź na czasy zamętu i niepokoju – nie mógł uniknąć swojego przeznaczenia. Był niejako skazany na to, by pozostać świadkiem wojennych zawieruch. To tutaj w 1794 roku toczyły się krwawe potyczki z oddziałami Suworowa zmierzającego na Warszawę, kiedy to uszkodzeniu uległa fasada świątyni. Tędy w 1812 roku parła na Moskwę Wielka Armia Napoleona, bezczeszcząc i dewastując kościół. Tu w dramatycznym sierpniu 1920 roku, kosztem wielu ofiar, zatrzymano bolszewicką nawałę. Wreszcie w 1944 roku Niemcy, przygotowując się do obrony, wysadzili zachodnią wieżę, by zlikwidować dogodny punkt orientacyjny. Ziemie wzdłuż traktu kryły w sobie coraz więcej i więcej czaszek...

Nie sposób w tym miejscu nie zauważyć uderzającego podobieństwa losów kościoła w Kobyłce do dziejów samej Polski. Zarówno świątynia, jak i Polska leżą na tragicznym trakcie, którym od zawsze ciągnęły obce i własne wojska. Obie zniekształcone wichrami historii, wielokrotnie burzone, przebudowywane i odbudowywane – pod pewnymi względami nieforemne, ale wciąż kryją w sobie wiele piękna.

Photo 1
Niefortunnie odbudowana w latach 70. górna kondygnacja wieży
Johann Samuel Mock, Wjazd Augusta III do Warszawy w 1734 roku (ok. 1734–1735)
Obecna fasada kościóła Świętej Trójcy w Kobyłce

Spójrzmy jeszcze raz na naszą świątynię. Może dzisiejszy, jasny kościół w Kobyłce nie przypomina wcale czaszki? Może już wreszcie skończył się ów makabryczny taniec śmierci? Może teraz budowla wygląda po prostu jak poczciwy, choć nieco niezgrabny biały orzeł, który ze wzniesionymi skrzydłami przysiadł na chwilę przy wileńskim trakcie...?

Opinie odwiedzających

Malina • 15 marca 2026
A co stało się z braćmi biskupa?
Odpowiedź: To w następnym odcinku!

Zostaw swoją opinię na temat tego zabytku

Twoje spostrzeżenia wzbogacą historię tego miejsca. Opublikujemy je po krótkiej weryfikacji.

Napisz bezpośrednio do twórców strony
✉️

Dziękujemy!

Wiadomość została wysłana.