Niewielki kościół pw. św. Ducha w Chełmnie przechodził różne koleje losu. Jak większość świątyń pod tym wezwaniem powstał jako obiekt przyszpitalny, którym opiekowali się prawdopodobnie Kanonicy Regularni od Ducha Świętego. W 1694 r. przejęły go Siostry Miłosierdzia. Po rozebraniu budynków szpitalnych w 1828 r. budowla służyła jako magazyn wojskowy. Dopiero w pierwszej połowie XX w. została ponownie konsekrowana, a obecnie użytkuje ją Chorągiew Ziemi Chełmińskiej.
Duch nadal w materii
Kiedy wchodzimy do środka, czegoś nam brakuje, mimo że na ścianach przetrwały uduchowione gotyckie freski: Maria Magdalena unoszona przez anioły oraz sceny Zwiastowania, Nawiedzenia i Ostatniej Wieczerzy. Na emporze wzrok przyciąga renesansowe malowidło z królem Dawidem grającym na harfie. Może to uczucie braku jest spowodowane tym, że wnętrze zastawiono zbrojami, planszami i stojakami na chorągwie, a sklepienie zakryto drewnianą kolebką o wyglądzie boazerii? Może jednak chodzi o coś więcej – o to, że ten budynek przestał być kościołem. Uleciał z niego duch. Paradoksalnie, właśnie w dawnym kościele pod wezwaniem Ducha Świętego nie odczuwamy już obecności owego nieuchwytnego ducha. Rozglądając się po wnętrzu, nie znajdujemy nic wzniosłego.
Podobnie dzieje się, gdy sakralne, pełne natchnienia dzieła sztuki trafiają do zimnych, sterylnych sal muzealnych. Z wyniosłych kolumn, ozdobnych ołtarzy czy ścian pokrytych freskami zostają przeniesione do szklanych gablot, na białe, chłodne podesty i stalowe stelaże. Statyczne, muzealne oświetlenie nie jest w stanie zastąpić rozedrganych promieni słońca wpadających przez kościelne okna. Znika cała magia dzieł i to, co niegdyś było przedmiotem wiary, staje się jedynie martwym eksponatem.
W Polsce los świątyni w Chełmnie spotkał na razie niewiele takich obiektów; rzadko zamienia się je w galerie, biblioteki czy sale koncertowe. Niestety znacznie częściej to same dzieła sztuki trafiają do muzeów pod pretekstem zapewnienia im bezpieczeństwa czy właściwych warunków konserwatorskich. Argument ten wydaje się jednak dyskusyjny – skoro obiekty te przetrwały stulecia właśnie w murach kościołów. Można odnieść wrażenie, że za tą tendencją stoi nie tylko troska o zabytek, ale też instytucjonalna dążność do gromadzenia, co ostatecznie odziera sztukę z jej żywego kontekstu.
Na szczęście nie wszystkie dzieła zostały przeniesione do muzeów. Nadal zdobią kościelne nawy, transepty i prezbiteria. Zawieszone wysoko pod romańskimi czy gotyckimi sklepieniami, choć ledwie widoczne z dołu, oddziałują nieskończenie mocniej niż te położone na wyciągnięcie ręki, ale za pancerną szybą. Światło przenikające przez witraże wyczarowuje nieoczekiwane, żywe efekty, których nie jest w stanie powtórzyć przewidywalny snop muzealnego reflektora.
Nic nie zastąpi jedynej w swoim rodzaju „multimedialności” kościoła. Połączenia dźwięku szeptanych modlitw, śpiewu chórów i przejmującego brzmienia organów. Zapachu kadzidła, woskowych świec czy sypanych na procesjach kwiatów. Dotyku chłodnych, wytartych przez pokolenia dębowych ławek. Widoku piętrzących się wysoko ołtarzy – aż pod same sklepienia, ozdobnych epitafiów i nagrobków oraz fresków pokrywających ściany.
Ów nieuchwytny duch świątyń miewa różne oblicza. Czasem objawia się w ciszy samotnej modlitwy w opustoszałej nawie, kiedy indziej w krzątaninie proboszcza po przybranym kwiatami prezbiterium.
Można go też wyczuć w radosnych przygotowaniach do mającego się wkrótce odbyć ślubu, gdy zza kamiennego portalu wyłaniają się rzędy ław zdobnych w białe, spływające na posadzkę welony. A czasem to po prostu nieruchoma tafla wody święconej w wiekowej, kamiennej kropielnicy.
Bywa, że te przejawy życia utrudniają czysty odbiór piękna. Ekrany służące do wyświetlania słów pieśni i modlitw często przesłaniają najpiękniejsze fragmenty prezbiteriów, wszechobecne wizerunki papieża zakrywają średniowieczne freski, jaskrawe wstęgi czasem zakłócają rysunek renesansowych sklepień, a huk odkurzacza dobiegający z zakrystii skutecznie rozprasza myśli spragnione kontemplacji.
Jednak to wszystko jest nieporównywanie lepsze od martwoty kościołów zamienionych w muzea i od dzieł sztuki uwięzionych w szklanych gablotach. Również dzięki temu „życiu”, mimo jego pozornej uciążliwości, „duch” nadal zamieszkuje w polskich świątyniach.