W dzisiejszych czasach na bobry – a przynajmniej na ślady ich aktywności – możemy natknąć się niemal wszędzie. Choć same zwierzęta, żerując głównie o zmierzchu i w nocy, przeważnie pozostają niewidoczne, to na wielu rozlewiskach, a czasem i przy większych kałużach, widać żeremia. Nawet w miejskich parkach mijamy ogryzione pnie drzew, a najmniejsze cieki poprzegradzane są tamami z patyków i błota. Brzegi rzek są gęsto usiane zejściami do wody, wydeptanymi małymi łapkami tych gryzoni. Nad wodą rezultaty ich wytężonej pracy widoczne są na każdym kroku. Bóbr stał się naszym bliskim, choć czasami niełatwym sąsiadem. Bywa postrzegany jako szkodnik, gdy narusza wały przeciwpowodziowe czy ścina cenne drzewa.
Monachomachia, czyli walka o bobry i nie tylko
W przeszłości sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Już w XII wieku bobry całkowicie wyginęły w Anglii, a w kolejnym stuleciu stały się rzadkością we Francji oraz w środkowych i południowych Niemczech. Do XVIII wieku ich populacja drastycznie spadła nawet w Europie Środkowej – gatunek przetrwał głównie w Skandynawii, Polsce oraz w rosyjskiej części Eurazji. Wiek XIX przyniósł dalsze straty: bobry wytępiono w Szwecji oraz w dorzeczu Wisły, a nieliczne ostoje zachowały się jedynie w dorzeczach Niemna, Wołgi i Dniepru.
Skąd tak gwałtowny regres? Liczebność bobrów spadała wraz ze wzrostem populacji ludzkiej, karczowaniem lasów i osuszaniem mokradeł. Kluczowym czynnikiem była jednak ich wartość jako trofeum. Futro bobra uchodziło za niezwykle cenne dzięki unikalnej strukturze: zewnętrzną, lśniącą warstwę tworzą długie na 5–6 cm włosy przewodnie, pod którymi kryje się gęste, dwucentymetrowe podszycie. O jego jakości świadczy niesamowita gęstość włosów wełnistych – od 12 do nawet 23 tysięcy na 1 cm². Taka okrywa nie tylko doskonale trzyma ciepło i nie przepuszcza wody, ale też stanowiła idealny surowiec do produkcji wysokiej jakości filcowych kapeluszy.
To jednak nie wszystko. Aby futro nie nasiąknęło wodą, bóbr pieczołowicie impregnuje je tłustą wydzieliną specjalnych gruczołów. Prawdziwym skarbem jest jednak kastoreum, czyli strój bobrowy – aromatyczna substancja z tzw. worków strojowych, służąca zwierzętom do znakowania granic terytorium. Dla ludzi ta „wizytówka” używana przez bobry stała się towarem luksusowym: najpierw medycznym panaceum, a później cenioną w perfumiarstwie bazą zapachu, która właściwościami dorównuje ambrze.
Według średniowiecznych bestiariuszy bóbr, ścigany przez myśliwego pragnącego zdobyć jego cenne gruczoły, w akcie desperacji sam je odgryzał i rzucał oprawcy pod nogi, byle tylko ujść z życiem. Jeśli zaś spotykał łowcę ponownie, po prostu prezentował mu brak „klejnotów”, udowadniając, że dalszy pościg nie ma sensu. Temu zachowaniu bobra średniowieczni kronikarze błędnie przypisywali pochodzenie nazwy zwierzęcia, wywodząc łacińskie castor od słowa castrare (kastrować). W rzeczywistości nazwa ta pochodzi z greki: κάστωρ (kástōr) i nie ma nic wspólnego z poświęceniem bobra. W zachodniej Europie zwierzę to było już na tyle rzadkie, że znając je tylko z opowieści, iluminatorzy ksiąg malowali je jako psa o długich nogach, któremu czasami – by podkreślić wodny tryb życia – dodawali rybi ogon.
Ten „rybi” ogon bobra, zwany „pluskiem”, był kolejną przyczyną jego kłopotów. W średniowieczu posty zajmowały znaczną część roku. Ryby uznawano za danie postne ze względu na ich zimną krew oraz oddzielenie od świata ludzi i zwierząt lądowych. Stąd był już tylko krok do uznania bobrzego ogona, zanurzonego przeważnie w wodzie, pokrytego specyficzną „łuską”, za potrawę postną – a czasami dozwolonym daniem stawało się nawet całe zwierzę.
Na terenach na południowy wschód od królewskiego Piotrkowa, poprzecinanych rzeczkami i rzekami, często podmokłych, zamieszkanych dotąd głównie przez bobry, ufundowano pod koniec XII wieku dwa znaczące opactwa. Norbertanie wznieśli swoją siedzibę na niewielkim wzniesieniu nad rzeką Koprzywnicą (obecnie Strawą). Nieco dalej, na prawym brzegu Pilicy, tuż powyżej ujścia Luciąży, swoje opactwo założyli cystersi.
Osadę, która wyrosła przy opactwie norbertanów, zaczęto z czasem nazywać Witowem. Nazwa ta, mająca charakter dzierżawczy, wywodzi się być może od imienia biskupa płockiego Wita z Chotla herbu Janina, którego uznaje się za fundatora i dobrodzieja konwentu. Nieco inaczej było w przypadku opactwa cystersów – tamtejsza osada, dzisiejszy Sulejów, położona przy brodzie na Pilicy, istniała już, zanim przybyli tam zakonnicy. Ona również przyjęła nazwę dzierżawczą od niejakiego Suleja, o którym jednak – w przeciwieństwie do biskupa Wita – historia milczy, a inicjatorem fundacji klasztoru cystersów był prawdopodobnie książę Kazimierz II Sprawiedliwy, syn Bolesława Krzywoustego.
Fundacje i nadania obdarzające oba klasztory nie były precyzyjnie określone. Sytuację tę pogorszył tragiczny w skutkach najazd Tatarów w 1241 roku, podczas którego część dokumentów uległa zniszczeniu. Jednocześnie opactwa dzieliło zaledwie około 11 kilometrów. Stało się to przyczyną zażartych sporów, które trwały przez kilkaset lat.
Nadania dla opactw dotyczyły w ogromnej mierze gospodarki wodnej na rzekach: Korytnicy, Koprzywnicy (obecnie Strawie), Luciąży i Pilicy. Obejmowały one tak zwane regalia – wyłączne przywileje władcy, w tym przypadku dotyczące połowu ryb, budowy młynów oraz niezwykle cennych żerowisk bobrowych. To właśnie nazwy tych rzek najczęściej powracają w dokumentach rozstrzygających spory. Warto pamiętać, że już Bolesław Chrobry objął bobry szczególną ochroną; prawo do ich poławiania było przywilejem królewskim, który władca przekazywał jedynie na mocy specjalnego rozporządzenia.
Owa „monachomachia” – jak, posługując się greką, walkę mnichów nazwał w XVIII-wiecznym poemacie heroikomicznym biskup Ignacy Krasicki – mogła być potęgowana przez różnice w regułach obu zgromadzeń. Choć oba zakony wywodzą się z Francji (cystersi z burgundzkiego Cîteaux, a norbertanie, zwani premonstratensami, z pikardyjskiego Prémontré), to norbertanie, jako zakon stawiający na duszpasterstwo i nauczanie, stosunkowo szybko ulegli spolszczeniu. Tymczasem cystersi, żyjący w surowej izolacji, znacznie dłużej zachowali swój francuski charakter.
Odmienne było pierwotne podejście obu wspólnot do gospodarki. Cystersi odnowili benedyktyńską zasadę ora et labora (módl się i pracuj) i zgodnie z nią mieli żyć głównie z pracy rąk własnych. Z czasem jednak ich opactwa przeobraziły się w prężne centra ekonomiczne, a zachowane dokumenty procesowe dowodzą, że również nie gardzili należnymi im daninami. Norbertanie zaś, koncentrując się na duszpasterstwie, od początku opierali swój byt w przeważającej mierze na dziesięcinie oraz mesznym. Dziesięcina stanowiła powszechną daninę w wysokości dziesiątej części ziemiopłodów, natomiast meszne było datkiem składanym przez wiernych w zamian za posługę kapłańską. Ten model sprawiał, że norbertanie byli znacznie silniej związani z lokalną społecznością i rytmem życia okolicy niż dążący początkowo do izolacji cystersi.
Różnicę między zakonami widać było również w architekturze: cystersi na znak pokory wznosili świątynie bezwieżowe, podczas gdy norbertanie budowali kościoły z wieżami, które miały być z daleka widocznym znakiem „dobrej nowiny”.
Spór między opactwami toczył się ze zmiennym szczęściem. Konflikty graniczne rozstrzygano przed sądami świeckimi – przed książętami i królami – natomiast spory o daniny trafiały przed oblicze legata papieskiego lub biskupów. Przykładowo w 1250 roku spór o brzegi Luciąży i Koprzywnicy oraz żeremia bobrowe książę kujawski rozstrzygnął na korzyść Witowa. Klasztor ten otrzymał regalia bobrowe, rybołówcze oraz młyńskie na obu rzekach aż do wysokości wsi Przygłów. Na dalszym odcinku Luciąży norbertanie uzyskali prawo chwytania bobrów i połowu ryb, lecz bez możliwości stawiania tam młynów.
Mimo apelacji cystersów prawa Witowa do rzek zostały podtrzymane przez Kazimierza Wielkiego w 1346 roku. Kolejny wyrok wydał sąd ziemi sieradzkiej w 1421 roku. Podtrzymał on dotychczasowe decyzje książęce, stwierdzając, iż granica między klasztorami przebiega wzdłuż Luciąży aż do wspomnianego Przygłowa. Klasztor witowski otrzymał na własność oba brzegi rzeki wraz z przynależnymi do niej łąkami. Natomiast dalsza część Luciąży, uchodząca do Pilicy, przypaść miała klasztorowi sulejowskiemu. Dopiero w 1742 roku przed Trybunałem Koronnym w Piotrkowie doprowadzono do ostatecznej ugody między opactwami, kończąc trwający kilkaset lat spór.
Ta zacięta walka między zakonami – z dzisiejszej perspektywy niemal niezrozumiała, wszak oba były częścią tego samego Kościoła – często negatywnie odbijała się na rozwoju obu wspólnot. Podczas gdy opactwo sulejowskie swój złoty wiek przeżywało w XIII stuleciu, by później zmagać się z licznymi trudnościami, witowski klasztor norbertanów stał się w pewnym momencie jednym z najzamożniejszych w całej Rzeczypospolitej. Oba miejsca gościły w swych murach koronowane głowy, co wynikało nie tylko z ich prestiżu, ale i bliskości Piotrkowa, gdzie odbywały się sejmy i trybunały. Kres ich dawnej świetności przyniosła kasata w 1819 roku. Do Witowa norbertanie już nigdy nie powrócili. Natomiast w Sulejowie cystersi pojawili się ponownie dopiero w 1986 roku, przywracając dawnemu opactwu jego zakonną funkcję.
Współczesną pamiątką po dawnych sporach mają być odmienne nazwy wsi położonych wzdłuż drogi z Piotrkowa do Sulejowa. Choć na pierwszy rzut oka sprawiają one wrażenie jednej miejscowości, po obu stronach trasy nazywają się inaczej, co ma być wynikiem dawnej granicy wpływów obu opactw.
Jeśli chodzi o pamiątki przeszłości, w Sulejowie możemy podziwiać trzynastowieczny kościół i kapitularz – wspaniałe przykłady romańskiej architektury cysterskiej z jej portalami i zdobionymi głowicami kolumn, wzbogacone wyposażeniem z późniejszych epok. Zachowane budynki klasztorne, mury i bramy również pozwalają w wyobraźni cofnąć się o wiele wieków. Z kolei witowski klasztor, jako znacznie bogatszy, w przeddzień upadku własnego oraz całej Rzeczypospolitej podjął się budowy nowej, ogromnej, rokokowej świątyni. Mimo jej niewątpliwego uroku, w samym Witowie niewiele przypomina dziś o bardzo bogatej historii tego miejsca; można wręcz odnieść wrażenie, że jego dzieje zaczęły się dopiero w XVIII wieku.
O ile przeminęła dawna chwała obu opactw, o tyle bobry odzyskały swoje królestwo. Dziś to one niepodzielnie władają terenami nad Koprzywnicą, Korytnicą, Luciążą oraz Pilicą. Budują żeremia, stawiają tamy i spiętrzają nurty, zupełnie jakby chciały zatrzeć ślady dawnych, ludzkich sporów. Sic volvitur rota fortunae – tak toczy się koło fortuny.